Początek
KardiologiaDzień -1.
Oczekiwanie na operację. Do końca nie wiadomo kiedy pojadę. Może jutro, może pojutrze.
Nie jest to komfortowe. Wolałbym wiedzieć. Zresztą o jakim komforcie mowa.
Dziewiąty wenflon tkwi z lewego nadgarstka, pozostałe 8 osiągnęło swój żywot w trakcie 4 tygodni na oddziale.
Na początku był SOR (brzmi apokaliptycznie, wszak wiadomo że na początku był CHAOS - choć może to synonim). Przyszedłem z kiepskie wyniki badań, które wykonałem na zlecenie lekarza pierwszego kontaktu. CRP 135, delikatna gorączka, i ta przejmująca słabość, którą trudno zdefiniować w liczbach.
Triaż. Ratownik medyczny patrzy na mnie jakbym insynuował chorobę, twierdzi, że ten CRP wcale nie jest wysoki, pyta czy lekarz, który wystawił skierowanie do szpitala nie był przypadkiem młody. Myślę - w twoim wieku kobieto, ale przytakuję, że był młody. Poczekalnia. 4 godziny planowanego czekania (a już jest 20-sta) A mi raz zimno, raz ciepło i ciągłe poty. Nic nie jem i nie piję. Zakaz.
W końcu wołanie “pan S.”, idę chwiejnym krokiem. Zaczyna się. Położyli mnie na łóżku, o jak fajnie, miałem już dość tych twardych krzeseł na poczekalni (dlaczego nikt nie zainstalował miękkich, leżanki byłyby już luksusem).
No i zaczyna się kucie (podkuwanie w nomenklaturze pielęgniarskiej), i toczą ze mnie krew, i mocz.
Badania: rentgen klatki piersiowej, USG brzucha, tomografia płuc … i zupełnym rankiem echo serca.
Najgorsze jest pragnienie od 16-stej niewele piłem, tyle co zmoczyłem sobie usta kilka razy.
Początkowo mieli brać na pulmunologię, ale bo 3 badaniach echa serca zdecydowali - kardiologia.
Poddaję się bez zbędnych słów, może z 2 godziny przespałem w nocy. Ciągle naiwnie myślę, że dostanę antybiotyk i szybko pójdę do domu.
Pobieranie krwi na kardiologii. Co oni do mnie mówią? Jakie piękne motyle, albo kolory jak w kalejdoskopie. Otwieram oczy, dlaczego wszyscy się na mnie patrzą, dlaczego leżę na leżance, przecież byłem na krześle. I te zatroskane twarze, znowu coś do mnie mówią.
Kładą w sali 112. Jestem przygotowany. Ubieram piżamki. W końcu upragniony sen.
Wizyta lekarska, otrzymuję informację, że będę gościem oddziału 3 - 6 tygodni, i że zastawka mitralna jest uszkodzona w stopniu umiarkowanym. Nieodwracalnie. Potrzebna operacja.
Kotłuje mi się w głowie, jak to jeszcze miesiąc temu pomykałem po górach z 16kg plecakiem, nie ustępując wcale 30-latkom, a teraz szpital, operacja.
Na drugi dzień proszę o psychologa, chcę pogadać, a nie słuchać suchych informacji lekarskich.
Po paru dniach rozmawiam z psychologiem, wygadałem się, powietrze zeszło. Zalecenia: zbudować sobie przestrzeń.
Buduję przestrzeń: już nie myślę co by było gdyby, to do niczego nie prowadzi, wiadomo warto czerpać z popełnionych błędów, ale nie biczować się i basta.
Zrobili posiew wyszło, że paciorkowiec, szukali skąd: nie wiadomo, zęby czyste, gardło też, laryngolog też nic nie znalazł - rozpoznanie IZW (infekcyjne zapalenie wsierdzia).
Buduję przestrzeń: nie oglądam polityki, ani portali informacyjnych. Po co mi to. Mam za słabe serce. Tak jak niektórzy mają w dużym poważaniu Brukselę, postanawiam mieć w dużym poważaniu Warszawę. Lokalna ojczyzna to moje serce, te pagórki zielone, te lasy górskie.
Ciągle wraca jak mantra, nie jestem już młody, coś zamknęło się nieodwracalnie. Ale chwila zamknęły się jedne drzwi, otwierają się inne. Może mój świat nie będzie już taki szybki, ale czy to źle - można cieszyć się z ulotnych chwil, zamiast ciągle gnać do przodu, myśląc co będzie za następną górką. Chwila, przecież można nacieszyć się obecną, można poczuć ciepło słońca na twarzy, i przystanąć, zamiast ciągle biec.
Taka transformacja działa się przez 4 tygodnie szpitalnego żywota. Już nie gonię, mam więcej czasu, żeby się rozglądnąć, zadumać się nad przyrodą. To wcale nie jest takie złe, to jest po prostu inne.