Wypis ze szpitala
KardiologiaI oto nadszedł ten dzień. Dzień 80-ty. Niczym Filias Fogg z powieści Juliusza Verne’a wracam z podróży. Dalekiej i pełnej niebezpieczeństw. Szczęśliwy, ale poobijany.
Przez ostatnie 2 tygodnie niewiele się działo, zresztą tak informowałem na porannych i wieczornych obchodach: “nic nowego”. Na przestrzeni 2 tygodni dostrzegam mocniej zrośnięty mostek - objawiający się większą siłą w rękach oraz wzmocnione mięśnie nóg (mój rekord spacerów to 15 km, po oddziale i po terenie szpitala).
Wspomniałem, że wychodzę poobijany:
- ból klatki piersiowej (wiadomo mostek i mięśnie piersiowe)
- ból pleców (na szczęście coraz mniejszy)
- ból lewego barku
- z powodu usztywniania zakresu ruchu rąk (jak sugerowali rehabilitanci), po 6 tygodniach od operacji, ograniczony zasięg ruchu (np. nie mogę unieść pionowo rąk nad głowę)
- opuchnięty, w dalszym ciągu siwy brzuch (iniekcja Clexane)
- bolące kolana przy chodzeniu po schodach
- czasami bolące wiązadła głosowe (dokładnie przy centralnym wkłuciu - Kardiochirurgia)
- totalne wyjałowienie spowodowane antybiotykami (Penicylina) - kał o konsystencji lejącej i obcego nieprzyjemnego zapachu
Ostatnie dni przed wyjściem nastrój na przemian: radosny - bo nadszedł kres leczenia; pełen obaw - czy i kiedy pozbędę się nabytych dolegliwości, czy poradzę sobie z kontrolą krzepliwości, jak teraz będzie wyglądało moje życie.
Dzień 80-ty. 20 wkłutych wenflonów, ok. 100 iniekcji, ok. 500 kroplówek. Pozostała po mnie masa zużytego plastiku.
Jestem pełen wdzięczności dla pracowników kardiologii, za to że przetrwałem ten trudny i znojny okres, wdzięczny za codzienny uśmiech i drobne życzliwości. Chcę to zapamiętać, a zapomnieć o bólu. Ból mija, a pamięć o serdeczności trwa.
Wracam teraz do mojej Ukochanej, która tak pięknie opiekowała się mną przez całą chorobę i nie opuściła ani jednego dnia. Wracam do moich ukochanych dzieci. Mam nadzieję, że wspólna sielanka będzie długa.
Wracam do mojego kolorowego mieszkanka, mam dość szpitalnych barw.
Chcę w końcu poczuć ciepło Domu.